Brzmi, jedzie i wygląda ponadczasowo. Genialne Coupe do przytulenia :) Są tu fani Volvo? _____ ⤵️ Oblicz OC dla tego auta Jedno z najlepiej trzymających cenę Audi zaraz obok modeli z 1.8T. Dlaczego? Dźwięk VR6, 5,5 sek do setki i pośredni wtrysk. Na tym wydechu okrutnie to Czasem warto rzucić okiem na coś innego niż VAG czy BMW, na przykład takie Volvo Nie prowokuje wyglądem, ale zostawi w tyle praktycznie każde E36 łącznie z M3 z rynku USA. Fajny przebieg, pewnie Audi Q5 Audi Q5 2.0 TDI Quattro 170ps Bezwypadkiwy, Navi, Skóry. 32 900 zł. Wrocław, Fabryczna - 12 listopada 2023. 2009 - 319 000 km. Audi A4 2.0 TDI 143KM! LEDY Nawigacja Sportowe Fotele Czujniki Parkowania. 38 900 zł. Rypin - 12 listopada 2023. 2010 - 281 000 km. za grosze s w Ubrania damskie. za grosze s w Moda. auto za grosze w Samochody osobowe. auto za grosze w Motoryzacja. auta za grosze w Samochody osobowe. auta za grosze w Motoryzacja. auto za grosze w Opel. auto za grosze w Ford. auto za grosze w Volkswagen. auto za grosze w Renault Nie będą youngtimerami, a tym bardziej oldtimerami. Można je kupić za grosze, a eksploatuje się je albo źle, albo bardzo drogo. Są na rynku jeszcze samochody, które są niewiele warte, a mimo to sprzedaje się je i kupuje. Dawno powinny odejść w niepamięć, ale tak się nie dzieje. Można o tym E46 powiedzieć dużo złego. Zniszczone wnętrze, choinka, ale jeździ i to tanio na LPG przy czym kosztowało symboliczne 4500zł. Zobaczcie jak przyśpiesza najsłabsze 1.9 w tej budzie. Jest tu jakiś kamikadze? :D _____ Znajdź najtańsze OC dla swojego auta www.kalkulator.oszczedz-na-OC.pl Jedno z tańszych 400+ obecnie na sprzedaż w Polsce. Mechanicznie zrobione na prawdę sporo. Może ktoś szuka całkiem szybkiego daily? :) To japońska zabawka w RWD z dźwiękiem, który powoduje gęsią skórkę. Wsiadasz w nie, wyjeżdżasz na miasto i zaczynasz koncert Też lubicie dźwięk V6 BOGkHPc. Niedawno przez zbieg okoliczności trafiłem na stronę wypożyczalni, która wypożycza samochody z LPG za podobno najniższe stawki w Warszawie. Zamiast floty nowych aut na gwarancji ma podstarzałe Ople Zafiry, Astry itp. Postanowiłem więc, że wynajmę na kilka dni najtańszy pojazd w ofercie. Samochód, którym jeździłem, to Opel Astra F z 2000 r. Cena za jego wynajem z wypożyczalni Brumbrumki jest naprawdę kusząca, ponieważ biorąc go na dłuższy okres płaci się zaledwie 20 zł za dzień. Przy takim krótkim wypożyczeniu, jak w moim przypadku, jest nieco drożej, ale to nadal groszowe kwoty. Stawka za dobę to 50 zł jeśli oddajemy auto po 24h, biorąc na 2 dni za każdy zapłacimy 40 zł, przy 3 będzie to już 35 zł i tak to spada do 25 zł w przypadku wynajmu miesięcznego, a potem do wspomnianych 2 dych przy dłuższych okresach. Cały biznes wygląda na świeżo otwarty. Szukanie jednego spójnego cennika czy klarownej listy aut na fanpage’u to daremny trud, o wszystko trzeba pytać telefonicznie. Na całe szczęście właściciel jest bardzo kontaktowy, choć nieco niefrasobliwy. Prosiłem o przesłanie umowy wynajmu, jaką będę miał podpisać, by móc się z nią zapoznać przed faktem. Pomimo przypominania zobaczyłem ją dopiero w chwili odbioru samochodu. Na szczęście była krótka i napisana zrozumiałym językiem. Zaczynam przygodę z Oplem Oczywiście przy tak śmiesznej cenie, wynoszącej 35 zł za dobę, nie oczekiwałem, że w gratisie do Astry grupa modelek przyniesie mi drinka i będzie wachlować w trakcie podpisywania umowy. Po samochód pojechaliśmy z kolegą z redakcji do Wesołej, peryferyjnej, spokojnej dzielnicy Warszawy. Opel stał przed jednym z domów jednorodzinnych, a razem z nami przed furtką czekało 2 panów o śniadej cerze, którzy intensywnie sprawdzali sprawność tylnych amortyzatorów. W końcu wyszedł do nas właściciel, poinformował ciemnowłosych dżentelmenów, że nie mogą wypożyczyć Opla, bo jest zarezerwowany i przeszliśmy do formalności. Wreszcie dowiedziałem się ile wynosi kaucja – śmieszne 100 zł. Poinformowano nas, że samochód nie ma żadnych wygód, ale za to jest niezawodny i jeden z klientów pojechał nim do Zakopanego. Według zapewnień właściciela odbieraliśmy dokładnie to, czego oczekiwałem. Proste, tanie i sprawne auto, które dowiezie mnie za grosze tam gdzie tego potrzebuję, ale nie ma żadnych zbędnych bajerów. Przecież nie będę oczekiwał fajerwerków płacąc 35 zł za dzień. Niby w porządku… Odbierając kluczyk do auta od przesympatycznego właściciela wypożyczalni byłem pełen entuzjazmu. Pogawędziliśmy chwilę, dowiedzieliśmy się, że w planach są nowe punkty odbioru samochodów, do których łatwiej dojechać komunikacją niż do Wesołej. Pochwaliliśmy właściciela za pomysł na biznes, w końcu wynajem tanich, zupełnie zwyczajnych aut to pewna nisza na rynku. Wszyscy skupiają się na nowych, dość drogich pojazdach. Astra, która trafiła w moje ręce na kilka dni nie wyglądała źle. Przede wszystkim poza drobnymi kropkami na tylnych nadkolach i jednym miejscem z odpadającą szpachlą nie była zardzewiała. To rzadkość w tym modelu. Także środek, choć wykazywał ślady zużycia, nie sprawiał wrażenia zniszczonego. Tanio, skromnie, ale schludnie. Poza tym ten egzemplarz miał hak i gaz. Idealny samochód użytkowy. Opel odpalił na widok kluczyka. Jedyna wada mechaniczna, o której właściciel wypożyczalni wspomniał, to układ wspomagania, który miał już prawie nie działać. Faktycznie, kierownicą kręciło się trudniej niż w moim Polonezie. Ciekawe tylko, że zaglądając pod maskę znalazłem jednorowkowe koło pasowe z paskiem, który napędza jedynie alternator, żadnej pompy wspomagania. Zupełnie jakby po prostu nigdy jej tam nie było. Ale może po prostu się nie znam. Nie jest to jednak zbyt duży problem w Astrze wynajętej za 35 zł na dobę. Póki co wszystko zapowiadało się tak jak oczekiwałem. Sprawne, choć nie idealne wozidło za grosze. …ale jednak nie do końca Ruszyłem zadowolony, ale już pierwsze nierówności trochę ugasiły mój optymizm. Zawieszenie, zwłaszcza tylne, żyło własnym życiem, a amortyzatory dawno temu odmówiły współpracy. No trudno, w końcu to najtańsze auto z wypożyczalni reklamującej się niskimi cenami. Tak samo tłumaczyłem sobie to, że silnik dławi się przy przyspieszaniu kiedy pracuje na gazie. W końcu to instalacja starego typu, z manualnym przełączaniem, może się zdarzyć, że jest źle wyregulowana. Tragedią nie było też to, że pojazd lekko ściąga w prawo. Pal sześć lekko przedmuchujący wydech, pocący się olejem silnik, sparciałe przewody odmy i podciśnienia czy inne gumy pod maską. To wszystko nie jest niczym specjalnie zaskakującym w starym aucie. Zwłaszcza takim, które wynajmuję płacąc za dobę mniej niż za godzinną przejażdżkę Maluchem od Panka. O jedną usterkę za dużo Niestety, odkryłem jeden bardzo poważny problem, którego nie da się uzasadnić niską ceną. Hamulce, względnie to co z nich zostało. Po wciśnięciu pedału nie tylko czuć było wyraźne bicie tarczy, ale i skuteczność okazała się praktycznie zerowa. Zatrzymanie się wymagało przyłożenia dużej siły i trwało o wiele za długo, nawet biorąc poprawkę na wiek Astry. Żeby zobrazować wam stan tych spowalniaczy (inaczej nie wypada ich nazywać) powiem, że mój Polonez z prehistorycznym układem ma krótszą drogę hamowania niż ten Opel. Niektórych mogłoby zaniepokoić – standardowa temperatura w korku Właściciel wypożyczalni przy odbiorze auta zapewniał mnie, że w razie usterek można pojechać do warsztatu w Wołominie, gdzie wozy z floty są serwisowane bez kolejki. Na pewno naprawiliby tam te hamulce. Problem jednak w tym, że to strata czasu wynajmu, za który przecież płacimy. Co więcej, właściciel wypożyczalni był zaskoczony kiedy poinformowałem go o problemie z autem. Rozumiem jego tłumaczenia, że to najtańszy pojazd i jest non stop wynajęty, ale tak ważny dla bezpieczeństwa podzespół powinien być regularnie sprawdzany i w razie potrzeby naprawiany. Ta dodatkowa praca może oczywiście podnieść cenę wynajmu, ale jeśli tak się stanie, to będzie to oznaczać, że obecna była zbyt niska. Dobra idea, ale wymaga dopracowania Jak przyznał sam właściciel wypożyczalni, ze względu na wielkość floty nie zawsze jest w stanie skontrolować stan poszczególnych pojazdów, a nie wszyscy klienci zauważają i informują o usterkach. Jestem w stanie w to uwierzyć, ale nie usprawiedliwia to pominięcia kwestii tak ważkiej jak hamulce. Drobne usterki w aucie wynajmowanym za grosze nie są problemem, ale bardzo obniżona sprawność hamulców to już jednak przesada. Poza tą jedną, choć ważną wtopą, idea taniej wypożyczalni jest świetna. To, że można za grosze wynająć samochód, który ma tylko dojeżdżać z punktu A do B i nic więcej to wypełnienie pewnej niszy. W końcu nie każdy potrzebuje auta zupełnie nowego, wiele osób chce tylko taniego, odpowiednio pojemnego środka lokomocji. Takie właśnie pojazdy oferuje wypożyczalnia Brumbrumki. Ten biznes ma potencjał, ale potrzebuje dopracowania systemu działania, w tym przede wszystkim kontroli nad stanem aut i bardziej uporządkowanej komunikacji z klientami. Wtedy wróżę tej inicjatywie sukces. Na razie też można wynajmować od nich auta, ale lepiej sprawdzać je dokładnie w obecności właściciela, by nie trafić tak jak my na wóz bez hamulców. Jeśli wydaje wam się, że moje wrażenia z wynajmu Opla Astry są nadmiernie negatywne, bo po prostu nie lubię tej marki i modelu, to przeczytajcie co na ten temat ma do powiedzenia mój kolega z redakcji, Tomek Domański. Odbierał to auto razem ze mną i miał okazję się nim trochę przejechać. Tomek rzecze: Na początku myślałem, że przez Michała przemawia po prostu oplofobia. Ta Astra nie wyglądała bowiem jakoś tragicznie, kiedy oglądaliśmy ją czekając na załatwienie formalności związanych z wynajmem. Samochód – mówiąc kolokwialnie – wyglądał, jakby trzymał się kupy, więc szybko założyłem, że jeździć też będzie jako-tako. A potem usiadłem za kierownicą i się nią przejechałem Jeśli właściciel wypożyczalni mówi prawdę i ktoś serio pojechał tym samochodem z rodziną do Zakopanego i z powrotem, to gratuluję odwagi. Pomijając już niedziałający układ wspomagania, czy zawieszenie, które sprawia, że Astra tańczy jak szalona na każdym wyboju, hamulce w tym samochodzie po prostu nie istnieją. I nie chodzi mi o to, że hamulce są słabsze, bo to starszy samochód. Miałem sporo starszych samochodów i w każdym po naciśnięciu na pedał hamulca działo się o wiele, wiele więcej, niż w tej Astrze. Tutaj, zamiast efektu hamowania, człowiek wyczuwa tylko bicie tarczy hamulcowej. Coś za coś jak to mówią. Jedyne pozytywne wrażenie z jazdy tym autem dotyczy pokonywania progów zwalniających. Praktycznie nie trzeba przed nimi zwalniać. Raz, że i tak się za bardzo nie da, a dwa, że na tym zawieszeniu i tak nie robi to żadnego wrażenia. I to tyle, jeśli chodzi o zalety. Rozumiem i popieram samą ideę bardzo taniej wypożyczalni. Byłem wręcz entuzjastycznie nastawiony do tego, że ktoś wpadł na pomysł wypożyczania ludziom niedrogich, starszych aut za kilkaset zł miesięcznie. Nie brałem jednak pod uwagę, że we flocie takiej wypożyczalni mogą jeździć takie… okazy, jak ten testowany przez nas Opel. Gdybym wynajął ten samochód prywatnie, to albo zwróciłbym go po kwadransie, albo zabrał do serwisu, który opiekuje się flotą wypożyczalni i renegocjował stawkę za wynajem na bazie tego, że pewnie straciłbym pół dnia czekając aż w wynajętym samochodzie ktoś wymieni mi hamulce. Jeśli chcecie wynająć coś naprawdę taniego, to warto zachować czujność i sprawdzić auto zanim pożegnacie się z jego właścicielem. Inaczej zostaniecie z czymś takim, jak my. Witam Was serdecznie. Z uwagi na zainteresowanie tym tematem postanowiliśmy wzbogacić naszą stronę o nową kategorię — porady. Dzisiaj chciałbym Wam przedstawić jedną z wielu metod obniżenia cen wynajmu samochodu podczas podróży. Jak wiadomo agenci i pośrednicy w sprzedaży różnego rodzaju usług prześcigają się między sobą o pozycję w wyszukiwarkach internetowych. Częstym sposobem na zdobycie nowego klienta jest organizowanie promocji i niejednokrotne „dokładanie” do całego interesu, tylko po to aby przywiązać do siebie kupującego (o tak! kto z nas nie lub promocji?) i „wypozycjonować” swoją stronę w wyszukiwarkach. Do tego, jak w przypadku linii lotniczych, na stronach z wynajmem samochodów także zdarzają się błędy cenowe. Wracają do meritum. Dzisiaj skupimy się na wynajmie samochodu na kilka dni, w jednym z europejskich miast. Naszym celem będzie upolowanie jak najniższej ceny. Jedną z pomocnych w tym wyszukiwarek, którą odkryliśmy całkiem niedawno, jest wyszukiwarka na stronie Więc wchodzimy na tą stronę (link TU). Wybieramy zakładkę COCHES (link TU) I o to oczom naszym pojawiają się cała lista miast wraz z aktualnie obowiązującymi cenami. My chcąc wybrać interesujący nas kierunek, wpisujemy w okna wyszukiwarki na stronie miasto oraz przedział czasowy, w którym chcemy wypożyczyć auto. Strona przeszukuje wszystkie dostępne oferty partnerów i proponuje nam wynajem od najniższej znalezionej kwoty do najwyższej. My jako przykład wybraliśmy wypożyczenie Fiata 500 w Walencji, na okres dwóch dni. Przechodząc dalej przez system rezerwacyjny, pojawia nam się podsumowanie oraz przekierowanie na stronę danego partnera. Wybieramy, gdzie chcemy odebrać pojazd i gdzie go oddać (optymalne jest lotnisko, z uwagi na fakt, że zaraz po opuszczeniu samolotu wsiadamy do wypożyczonego auta, oszczędzając sporo czasu). Na sam koniec przechodzimy do zakładki płatności i cieszymy się wynajętym samochodem za 0,51 EUR/5 PLN za dobę. Strona działa, a system rezerwacyjny zapewni Wam gwarancję ceny. Oczywiście w danym dniu możemy nie odnaleźć interesującego nas kierunku w cenie, która nas satysfakcjonuje, jednak warto zaglądać na stronę i sprawdzać, czy akurat nie ma czegoś w dobrej dla nas cenie. Mam nadzieję, że poradnik ten ułatwi Wam znalezienie samochodu w satysfakcjonującej Was, niskiej cenie. Zapraszamy ponownie na naszą stronę, gdzie znajdziecie wiele innych, przydatnych „tricków”. Polubcie nas na FB i bądźcie na bieżąco. Pozdrawiam. Od czasu, gdy Innogy przestało udostępniać swoje słupki za darmo, znalezienie bezpłatnej stacji ładowania w Warszawie i okolicach stało się znacznie trudniejsze. Ale takie miejsca są, są też lokalizacje, w których naładujemy się znacznie taniej niż w domu. Oto spis tych placówek, które posiadają gniazda Typu 2 i oferują więcej niż standardowe 2,3 kW mocy. Bardzo tanie i darmowe stacje ładowania w WarszawieSpis treściBardzo tanie i darmowe stacje ładowania w WarszawieŁadowanie płatne, acz bardzo tanie = parkingi P+R Zacznijmy od lokalizacji darmowych. Na północny-wschód od Warszawy, w Markach, znajdują się dwa bezpłatne słupki ładowania o mocy 22 kW (wymagany własny przewód Typu 2), w których działa co najmniej jedno gniazdo. Pierwszy słupek stoi przy policji i Mareckiego Centrum Kultury (PlugShare TUTAJ), drugi na parkingu P+R (TUTAJ). Obydwa miejsca polecamy albo mieszkańcom okolic, albo też ludziom, którzy potrafią zagospodarować te kilka godzin – na przykład wracając autobusem do CH Marki. W Warszawie za darmo naładujemy się przy Lidlu na ulicy Puławskiej (TUTAJ), gdzie mamy do dyspozycji nawet złącza szybkiego ładowania. Tego Lidla nie należy jednak mylić z Lidlem przy ulicy Modlińskiej – ta ładowarka częściej stoi zepsuta niż działa. Aktualnie jest nieczynna i nie wiadomo, kiedy zostanie naprawiona. Ładowanie płatne, acz bardzo tanie = parkingi P+R Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że podróże na skraj miasta dla wielu osób będą absurdem. Dlatego ze swej strony polecamy parkingi P+R. Parkingi mają obsługę, która troszczy się o stan wszystkich urządzeń, więc ewentualne awarie są z miejsca usuwane. Ładowanie na parkingach jest darmowe pod warunkiem posiadania biletu okresowego, co najmniej dobowego (15 zł za normalny, 7,5 zł za ulgowy). Jeżeli więc mamy, dajmy na to, Kię e-Niro z baterią 64 kWh, którą wykorzystujemy w przedziale 20-80 procent, jednorazowe ładowanie będzie nas kosztować 39 gr/kWh (15 zł/38,4 kWh). Im większa bateria, tym koszty energii niższe. A jeżeli ktoś w gospodarstwie domowym ma bilet miesięczny (bo potrzebuje), wtedy uzupełnimy energię za darmo. Parkingi P+R mają trzy ważne cechy, o których warto pamiętać: do rozpoczęcia ładowania nie jest potrzebna żadna karta, jeśli nie będziemy mieli biletu długookresowego (co najmniej dobowego), za ładowanie zapłacimy 100 złotych. Nie, bilety jednorazowe nie wystarczą, na parkingach P+R między a trwa przerwa techniczna. Pozostawienie w tych godzinach samochodu na parkingu to koszt 100 złotych. Wyjątkiem są posiadacze karty Eko, którzy mogą się ładować także w nocy. Bardzo ważną zaletą parkingów P+R jest ich bardzo dobre połączenie z resztą miasta oraz rosnąca liczba lokalizacji wyposażonych w słupki ładowania. Warszawa dysponuje obecnie 15 parkingami P+R, z czego na 9 naładujemy elektryka: P+R Metro Młociny I (PlugShare TUTAJ), 2 słupki/4 stanowiska do ładowania, istnieje możliwość wypożyczenia przewodu, nadal jest 5 kart Eko!, P+R Metro Młociny III (TUTAJ), 1 słupek i miejsce dla rowerów, istnieje możliwość wypożyczenia przewodu, P+R Metro Marymont (TUTAJ), 2 słupki/4 stanowiska, 1 dostępna karta Eko!, P+R Połczyńska (TUTAJ), 1 słupek/2 stanowiska, 1 dostępna karta Eko!, P+R Ursus-Niedźwiadek (TUTAJ), 2 słupki/4 stanowiska, 1 dostępna karta Eko!, P+R Aleja Krakowska (TUTAJ), 2 słupki/4 stanowiska, P+R Metro Stokłosy (TUTAJ), 1 słupek/2 stanowiska, P+R Wawer SKM (TUTAJ), 1 słupek/2 stanowiska, P+R Anin SKM (TUTAJ), 1 słupek/2 stanowiska. Jeśli podoba Ci się nasza praca, możesz nas wesprzeć na Patronite. Mogą Cię też zainteresować poniższe ogłoszenia: Ocena Czytelników [Suma: 2 głosów Średnia: 5] Dziś to w sumie pusto jest, ale są takie dni, że na placu nie ma gdzie szpilki wsadzić – uprzejma pani z obsługi dość znanego komisu z niedrogimi samochodami na warszawskim Bemowie chyba jest zdziwiona moim pytaniem. No, oczywiście, że interes się kręci! – kobieta uśmiecha się szeroko. Zanim zadałem pytanie o liczbę klientów odwiedzających komis, najpierw sam dokładnie przyjrzałem się ofercie. Samochody ustawiono w eleganckich rzędach, za szybami widać kartki zawierające kluczowe informacje o cenie oraz dacie wygaśnięcia przeglądu i badań technicznych. Samochodów gotowych do jazdy w świetle przepisów nie ma w sumie za wiele, na placu zalegają za to pogniecione, rdzewiejące i zardzewiałe „trupy”, które na pierwszy rzut oka nadają się jedynie na żyletki. Ale pozory mylą! Jazda do usterki Nie, nie chodzi – rzecz jasna – o to, że te cacka po bliższym poznaniu okazują się ukrytymi perełkami. Otóż sęk w tym, że sensowne samochody za grosze znikają niemal tak szybko, jak się pojawiły. To z kolei każe nieco inaczej spojrzeć na nasz rynek wtórny. Wychodzi bowiem na to, że jest spora grupa kupujących, dla których nie mają znaczenia ani rocznik, ani przebieg, ani nawet prestiż marki. Liczy się to, żeby jak najtaniej przemieścić się z punktu A do B. Żywot takiego auta kończy się z reguły w chwili pierwszej droższej awarii. Czyli np. takiej, której usunięcie kosztuje więcej niż... 300 zł. Wróćmy jednak na bemowski plac. Jak informuje mnie sprzedawczyni, cen się raczej nie negocjuje, bo przecież przy takim pułapie i tak już nie bardzo jest z czego „urwać”. Jedyne, na co można liczyć, to symboliczna obniżka „na paliwo”. Zielony VW Polo za 2500 zł ma OC i ważne badania, więc pani lojalnie ostrzega, że taki egzemplarz może za długo nie postać. Escort? Jaki Escort? O tym, że tanie i w miarę sensowne pojazdy cieszą się dużym wzięciem, dobitnie przekonuję się kilka dni później. Jadę do Piaseczna obejrzeć niebieskiego Forda Escorta z 1997 r. za 1000 zł: polski salon, niezniszczone wnętrze, przebieg w ogłoszeniu – poniżej 200 tys. km. Mam blisko, więc nie będę dzwonił, poza tym ogłoszenie na pewno jeszcze jest aktualne! Escort? Jaki Escort? A, to pewnie nie u nas, mamy też inne lokalizacje – sprzedawca początkowo wie lepiej. Wyjmuję więc telefon, pokazuję ogłoszenie. I dopiero po chwili okazuje się, że taki samochód rzeczywiście tu był, ale już dawno się sprzedał. Mimo to ogłoszenie nadal wisi i wcale nie jest takie stare. W tak krótkim czasie niekiedy nie da się sprzedać o wiele „ładniejszego” pojazdu. Kroki kieruję do kolejnego komisu z niedrogimi samochodami – tym razem w pobliżu giełdy na Żeraniu. Oferta jest bogatsza niż na Bemowie, ale stan eksponatów – zbliżony. Od razu zauważam, że pojazdy nie są opisane tak dokładnie, jak tam – na kartce za szybą nie ma informacji na temat ubezpieczenia ani przeglądu. Skończywszy rundkę po placu, kieruję więc kroki do białej budki, czyli komisowego biura. Niestety, mam pecha, bo sprzedawca jest akurat sam i musi zająć się grupą trzech obcokrajowców, którzy przyjechali obejrzeć Opla Astrę II za 3500 zł. – No co Pan, jak miałbym zaśmiecać pamięć informacjami na temat tego, który samochód ma ważne OC i badanie, to bym oszalał, ja tu mam prawie 150 aut. Pytam więc, skąd mam wiedzieć, które z aut nadaje się do jazdy „na już”, bo na kartkach kluczowych informacji nie ma. – A to proszę sobie sprawdzić w internecie, tam wszystko jest. Pan wybierze jakieś auto, jak tylko będę mógł, to podejdę. Wyciągam zatem telefon i szukam. Średnio to wygodne, bo przecież są i tacy ludzie, którzy nie mają smartfonów z dostępem do sieci – i co wtedy? Po chwili jednak na szczęście jest: czerwony Nissan Micra z 1996 r. z 205 tys. km na liczniku za 1790 zł. Znajduję go na placu – na kartce za szybą wpisano kwotę o 700 zł wyższą, ale upewniam się u sprzedawcy, że OC oraz badania są ważne i obowiązuje cena z – Ubezpieczenie to wie Pan, takie komisowe, na 7 dni. Ale przegląd do 30 listopada 2017 r.! Jakby co, to przyjdę z boosterem. Po kilku perturbacjach silnik udało się uruchomić. Sprzęgło całkiem w porządku, zawieszenie w miarę OK, silnik równo pracuje, nie szarpie. Muszę jednak uważać na konkurencję – w ocenie sprzedawcy to Romowie – którzy po kolei wskakują do różnych aut i z gazem w podłodze testują coraz to nowe oferty. Wie Pan, u mnie tak z 3/4 klientów jest z zagranicy, głównie ze Wschodu. Dają pieniądze na stół, nie targują się. Podpisują umowy i jazda. Lekko przechodzone Polo po naprawie - cena 2 500 zł Foto: Auto Świat Dach oklejono paskudną folią o fakturze karbonu, więc trud- no stwierdzić, co się pod nią kryje. Poza tym niewiele rdzy. Komis na warszawskim Bemowie wychodzi klientom naprzeciw, bo każde auto ma za szybą wypisaną odręcznie kartkę zawierającą kluczowe informacje, czyli czy ważne są przegląd i ubezpieczenie. Szukam niewielkiego auta za maksymalnie 3000 zł dla kobiety, warunek: musi nadawać się od razu do jazdy. Sympatyczna sprzedawczyni prowadzi do zielonego Polo, bo co prawda, ma jeszcze w zanadrzu Daewoo Nubirę, ale po pierwsze, jest to nieco większy pojazd, a po drugie – w gorszym stanie blacharskim (jak to leciwe Daewoo). Oględziny Polo nie wypadają jakoś superpozytywnie, wątpliwości budzi zwłaszcza tylna część nadwozia, którą musiał naprawiać blacharz amator, bo szpachla i lakier są położone fatalnie. Dobra wiadomość: wnętrze nie odrzuca, silnik nieźle chodzi, przyczepić można się chyba tylko do zużytego sprzęgła. Nissan Micra przez kilka miesięcy raczej pojeździ, a drobne awarie sam usuniesz - cena 1 790 zł Foto: Auto Świat Do odpalenia potrzebny był tzw. booster, lecz podczas jazdy po placu nie ujawniło się zbyt wiele usterek. Światełko w tunelu, czyli przykład na to, że poniżej 2000 zł można kupić samochód, który bez poważnych nakładów finansowych pojeździ jeszcze co najmniej kilka miesięcy. W tym wypadku – pół roku, czyli do chwili, gdy skończy się badanie techniczne. Największy problem to akumulator, który zapewne już do niczego się nie nadaje i konieczny będzie zakup nowego. Poza tym tylko wsiadać i jeździć. No, prawie, bo tzw. ubezpieczenie komisowe jest ważne tylko 7 dni, ale zakup nowej polisy (zwłaszcza na raty) nie powinien być specjalnie bolesny. Blacharsko samochód prezentuje się tak sobie, jednak nie są to jakieś poważne uchybienia – większość elementów nośnych na pierwszy rzut oka wygląda przyzwoicie. Silnik po odpaleniu przez kilka sekund pracował nie do końca zdrowo (popychacze? łańcuch rozrządu?), jednak niepokojący objaw szybko minął i po kolejnym uruchomieniu nie było już nic słychać. Na bagnecie jest wystarczający poziom oleju, dużych zastrzeżeń nie było też do kondycji układu chłodzenia. Jazda próbna wykazała, że sprzęgło ma się całkiem dobrze, również zawieszenie nie dawało wielkich powodów do niepokoju. Czy cenę da się negocjować? Sprzedawca nie mówi „nie” i prosi, żeby zaproponować jakąś kwotę: „Na pewno się dogadamy”. Czy kupiłbym takie auto na dojazdy do pracy? Gdybym był np. studentem z napiętym budżetem – z pewnością. Ale żeby było tanio, te kilka usterek trzeba by usunąć we własnym zakresie. Typowe usterki w samochodzie za grosze Foto: Auto Świat Korozję dolnych rantów drzwi można jeszcze jakoś przeżyć w tanim aucie, ale ubytki na elementach nośnych – nie. Większość obejrzanych przeze mnie aut ma jedną wspólną cechę: nie powinny już nigdy – choćby ze względów bezpieczeństwa – wyjeżdżać na drogi publiczne. Wyścigi wraków? Dawca części? Proszę bardzo. Ogólne zużycie dotyczy najczęściej zarówno wnętrza, jak i karoserii (rdza, wgniecenia). To jeszcze i tak pół biedy, bo wiele aut ma pordzewiałe elementy nośne i poważne usterki mechaniczne, które dyskwalifikują je z dalszej eksploatacji. Przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Ciekawe oferty? Owszem, są, ale z reguły znikają jeszcze szybciej, niż się pojawiły. Przykładowe oferty aut do 4 000 zł Foto: Auto Świat Wbrew pozorom samochodów w takim przedziale cenowym jest sporo. Cena zależy głównie od tego, czy dany pojazd ma OC i ważne badania techniczne. Jeżeli ma, to znaczy, że jakoś będzie nadawał się do jazdy, jednak nie licz na to, że obejdzie się bez co najmniej kilku drobnych usterek do usunięcia „na już”. Auta tego typu kupują przeważnie osoby gorzej sytuowane, ale nie jest to regułą! Często klientami są np. firmy budowlano-remontowe. Foto: Auto Świat Naszym zdaniem Większość tych samochodów powinna już dawno robić za żyletki w twojej maszynce do golenia. Jeśli masz napięty budżet i chcesz kupić coś „do jazdy”, musisz się naszukać. Bo zakup złomu to naprawdę zły pomysł.

szybkie samochody za grosze